lexie blog

Twój nowy blog

Wybory

4

…nie, nie te polityczne nudy. Takie wybory są nudne.

A więc…

Powinnam żyć w czasach PRLu.

Gdzieś w głębokiej komunie miałabym znacznie więcej spokoju
ducha.

Bo czy za czasów PRLu miałabym ciągnący się za mną
godzinami, a potem też dniami i tygodniami, problem polegający na DOKONANIU
WYBORU?

Właściwie nie ma wielkiego znaczenia jaki to wybór. Jeśli
postanowię kupić słuchawki, będę przeglądać dziesiątki modeli na allegro, a na
koniec stwierdzę, że nie jestem w stanie zdecydować się na żadne. Jeśli przy
okazji oglądania sluchawek natknę się na zabaweczkę zwaną zwijaczem kabla
(swoją drogą, obejrzyjcie je. Są takie słodkie!), to ten zakup za całe 6 zl
również mnie przerośnie.

 

Gdy wybierałam mp3, obejrzalam masę modeli. Obejrzalam je w
sklepie i na allegro, i wisiałam nad trzema faworytami przez kilka dni. Chyba
tylko to, że upiłam się i postanowiłam kliknąć przy którymś „kup teraz”
sprawiło, że posiadam nową mp3.

Ale przynajmniej kupiłam jedną z tych wypatrzonych.

Kiedy kupowałam nowy telefon, ogladałam. Przebierałam. Wybieralam.
Grymasiłam. Porównywalam. I tak kilka tygodni. Aż któregoś dnia weszłam na
allegro i kupiłam telefon, którego wcześniej na oczy nie widziałam, ale podobał
mi się na oko i był do odbioru blisko mojego domu, więc mogłam go zamówić przed
pracą a odebrać po. I był ładny. I to przeważyło.

 

Dlatego powinnam żyć w świecie, w którym na półce stoi masa
octu, a bluzka występuje w jednym tylko kolorze. I kroju. I prawdopodobnie też
rozmiarze. O ile byłoby mi prościej zadecydować jakie wybrać słuchawki, gdybym
miała do wyboru jeden model (albo wcale bym żadnego nie miała, wtedy bym przy
okazji zaoszczędziła trochę pieniędzy. O zawijaczu kabla pewnie nawet bym nie
śniła.)…

 

No dobrze. To może ktoś chce mi pomóc wybrać słuchawki?

Nauszne czy douszne?

Jasne czy ciemne?

Jakiej firmy?

Kabelek bialy czy czarny? (tak, to TEŻ mnie zajmuje)

Droższe czy tańsze?

Jesli douszne, to normalne czy te wtykane do kanału
słuchowego jak stopery do uszu?

Na allegro, czy w sklepie?

 

Ktoś chętny do pomocy?

 

Ja jak skończymy ze słuchawkami, weźmiemy się za pokrowiec
do telefonu.

A potem za zawijacz kabla (żyrafa żółta czy różowa? A może
niedźwiedź polarny? A może kotek?)

Pseudo-sąsiedzi

1

Postanowiłam popracować.

Uznawszy, że dzień jest ładny, słońce świeci przyjemnie a
wietrzyk powiewa, pomyślałam sobie, że milej będzie odwalać wybitnie nudną
robotę siedząc sobie na tarasie. Pod parasolem chroniącym od nadmiernego nasłonecznienia.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam – wynioslam sobie komputer,
znalazłam przedłużacz, by komputer mi nie zdechł, zaopatrzyłam się w wodę do
picia i odziałam w przewiewne ubrania, bo okazało się, że jest gorąco.

 

Pracowało mi się sensownie dopóki na tarasie obok nie
objawili się sąsiedzi.

 

Wlaściwie, „sąsiedzi” to pewne nadużycie. Nasi sąsiedzi byli
młodsi, nieszkodliwi i łatwi we współegzystowaniu. Co prawda raz udało im się
doprowadzić do pożaru na ich własnym tarasie (wysuszony na pieprz trawnik i
niedopałki  żarzące się w plastikowym
kubeczku to niedobre połączenie), a sąsiadka ujrzała mnie wtedy w uroczej
pozie, w trakcie przełażenia przez barierkę w dlugiej spódnicy (nie takie proste!), z konewką wody w garści – to było
jedyne, czym mogłam akurat ten pożar trawy gasić, bo miałam pod ręką. Na swoją obronę powiem, że pożar
pełzł sobie, powoli wypalając coraz większą połać trawy i faktycznie była
szansa, że konewka go zagasi. Nie był to AŻ TAK absurdalny pomysł – gaszenie pożaru
konewką…

 

Słowem wyjaśnienia powiem, że nasze tarasy się stykają. Nie tylko nasz i tych sasiadów, ale wszystkie tarasy tu są mocno stłoczone, dodatkowo jest na nie widok z balkonów wyższych mieszkań, i w ramach miedzysąsiedzkiego, niespisanego nigdzie kodeksu – wszyscy zachowują sie na tych tarasach tak, jak by się zachowywali na ulicy wśród ludzi. To znaczy, nie drą się (poza dziećmi), nie chodzą w piżamach, ogólnie przestrzeń jest po części wspólna, choć poodgradzana niskimi barierkami.

 

Dziś po sąsiedzku ujrzałam jakąś parę, starszą od naszych
sasiadów mniej więcej o pokolenie. Może rodzice. Z pewnym zdziwieniem odkryłam,
że para ta zachowuje się jak na wakacjach na działce. Spędzali dzień łażąc w
gaciach po tarasiku. Widok pseudo-sąsiada w gaciach przyprawiał mnie o ciarki
za każdym razem, a pętał się sąsiad w tę i z powrotem, bez przerwy, tuż pod
moim nosem. Spalony na skwarkę, hodujący prawdopodobnie ze trzy czerniaki i
ubrany w powyciagane gacie. No do adonisa to mu bardzo daleko.

Na barierkach tarasu porozwieszali wielkie połacie
materiału, jakby jakąś pościel. Niestety, nie zasłoniła ich zbyt skutecznie.

 

Do sąsiada dołączyła pseudo-sąsiadka z różowo-buraczkowymi
włosami, też roznegliżowana i na dodatek kopcąca papierosa za papierosem tuż
obok naszego płotu. Ja i moje uczulenie na dym papierosowy zjeżyliśmy się zgodnie
i natychmiast, ale nic nie powiedzieliśmy, bo w końcu była za płotem. Jej prawo.

Później na jakiś (krótki, niestety) czas zapanowal spokój.
Poszłam do domu coś zjeść.

 

- Czujesz? Co to? Cos się pali? Jakby dym… – zawięszyła moja
mama.

 

Wyszłam za zewnątrz i moim oczom ukazały się kłęby
śmierdzacego jakąś chemią dymu… Oczywiście, leciały wprost do nas z tarasu
sasiadów. Rozpalili grilla. Nie wiem czym w nim palą, ale ilość dymu była
imponująca. Wiaterek sobie dalej wiał, nieskoordynowanie i w różne strony, rozwiewając
kłęby wszystkim sasiadom w okna. Oburzenie mnie aż zatchnęło, bo na osiedlu
panuje ścisły zakaz rozpalania grilla ze względu na dymienie sasiadom w okna,
który to zakaz my ściśle respektujemy, grillując co najwyżej w piecyku i
wynosząc zgrillowane rzeczy na taras do jedzenia. I nic nie powiedziałam. Nie
znoszę tego u siebie, że nie umiem walnąć wykładu podstarzałej parze
wakacjowiczów, którzy urzadzili sobie działeczkę 10 metrów ode mnie. No ale nie
umiem. Moja mama też nie. Mam to po niej. Nikogo innego nie ma, więc nikt inny
też im nie walnie.

 

Sąsiad w gaciach siedzi przy grillu i dymi nadal, mniej
obficie, ale stale. Za nic ma mój wrogi wzrok wbity w jego skwarkowe plecy. Mam
nadzieję, że wkrótce komary go zeżrą. Chociaż słaba moja nadzieja, bo dym
prawdopodobnie odpędził każdego owada w promieniu 50 metrów. Odpędził też moje
koty, wrzeszczące dzieci sąsiadów i za chwilę odpędzi również mnie…

 

Pisanek malowanie

1

Były święta.

Jeszcze przed świętami postanowiłam pomalować sobie pisanki,
bo to taka fajna zabawa.

Rozważyłam opcje, na wielce artystyczne pisanki zdobione
techniką decoupage’u zrobiło się jakby za późno, bo to musi być lakierowane
milion razy i schnie okropnie długo. No więc inaczej. Coś prostego. Pomalować
wydmuszki, pomazać tym lakierem i obkleić koralikami i cukrem, który daje dość
elegancki efekt jakby oszronionych skorupek…

Do pracy wzięłam się w ostatnim możliwym momencie, to jest w
Wielki Piątek. Postanawiając nie zrażać się dodatkowymi utrudnieniami, takimi
jak długa lista rzeczy do zrobienia, a konkretnie do ugotowania, albo pani
Renia sprzątająca mieszkanie i ganiająca mnie z pomieszczenia do pomieszczenia,
wygrzebałam wszelkie posiadane materiały do malowania.

Okazało się, że farbę mam tylko białą.

Ale znalazłam też kupione dawno temu pigmenty do tejże
farby, w kolorach podstawowych, pozwalających na mieszanie i uzyskiwanie
rozmaitych odcieni. Ustawiłam sobie wszystko na stoliczku, a potem zestawiłam,
bo wizja mocno niebieskiego pigmentu na białym stoliku okazała się dość
niepokojąca. Położyłam stare gazety i rozstawiłam od nowa.

 

Postanowiłam zrobić sobie ładne pastelowe kolory farby, co
by ten cukier ładnie na nich wyglądał. Ruszyłam szukać plastikowych kubeczków
jednorazowych do mieszania, albo starych niepotrzebnych talerzyków,
czegokolwiek co mogłam wymazać farbą i spisać na straty, bo farba akrylowa do
drewna i metalu nie lubi złazić z rozmaitych przedmiotów. Niczego nie
znalazłam. Desperacko rozejrzałam się po kuchni i wzrok mój padł na wielki wór
ze śmieciami, z którego wystawało parę butelek po wodzie mineralnej. Niewiele
myśląc, oderżnęłam im nożem denka, żeby wykorzystać je jako pojemniki na farbę.
Akurat starczyło.

Zgromadziwszy materiały, zaczęłam mieszać.

Nalewanie farby z dużej puszki do małego denka od butelki
nie jest takie łatwe. Poszłam po łyżkę do zupy, żeby nakładać nią farbę. Na
wszelki wypadek wybrałam taką z kompletu, którego nikt nie lubi, bo są zbyt
okrągłe.

Denka od butelek okazały się być średnim pomysłem. Były
nierówne i farma właziła im w zakamarki i zagłębienia, pigment nie chciał się
dobrze rozprowadzać. Zaczęłam od czerwonego, żeby wyprodukować różową farbkę.
Ostrożnie dolewałam, żeby nie przesadzić, bo to było moje pierwsze
doświadczenie z pigmentami. Dolewałam, odstawiałam pigment, mieszałam,
dolewałam, odstawiałam… Macie wyobrażenie.

Po uzyskaniu satysfakcjonującego odcienia, nadziałam
wydmuszkę na patyczek od szaszłyka i zaczęłam malować. Malowała się całkiem
nieźle, farba nie rozłaziła się tylko ładnie pokrywała skorupkę, zadowolona
odstawiłam ostrożnie pomalowane jajo na patyku do słoiczka, na wyschnięcie,
kiedy spojrzałam przypadkiem na puszkę z białą farbą.

Jęknęłam. Zaklęłam szpetnie.

Biała farba jakby przestawała być biała, bo najwyraźniej
machając w tę i z powrotem czerwonym pigmentem, chlapnęłam nim i akurat
trafiłam w puszkę…

Pogapiłam się chwilę na pigment powoli rozpuszczający się w
farbie i rzuciłam się go wyławiać. Farba na szczęście była gęsta, więc drogą dyfuzji
nie zdążyła się zabarwić cała, tylko po wierzchu. Łyżką starannie wybrałam ile
się dało i tym sposobem otrzymałam szaloną (jak na moje potrzeby) ilość farby w
kolorze, mniej więcej, majtkowego różu. Wymazałam nią sobie ręce, a następnie
włosy, bo jak zwykle zapomniałam je związać. Wymazałam nią sobie spodnie, tyle
dobrego, że to domowe, za duże i podarte spodnie, których nie pokazuje się
ludziom. Więc w sumie mogą być dodatkowo pomalowane na różowo. Trudno.

Uważając niesamowicie na pigmenty chlapiące nie wiadomo
gdzie, malowałam sobie resztę wydmuszek, na te pastelowe żółcie, zielenie i
fiolety.

Pisnęło gg.

Meg. No jej bym nie odpisała?

Wsadziłam pędzel do buzi i poszłam odpisać.

Tak farba trafiła na klawiaturę i dodatkowo – do moich ust. Dobrze,
że nie była olejna. Akrylowa nie jest aż taka zła, na smak…

Pisząc i malując, dla równowagi wymazałam sobie inną część
włosów na jasny fiolet.

Ale malować skończyłam.

Kilka godzin później postanowiłam pisanki polakierować. Wydłubałam
puszkę lakieru z pudła, do którego zdążyłam już schować wszystkie puszki farby
i pigmenty. Uważałam bardzo, bo zdążyłam zmienić spodnie na noszone na co dzień
i nie chciałam ich wyplamić. Dlatego po chwili siłowania się z zalepioną
puszką, oddałam ją we władanie Przemkowi. Jak ktoś ma się oblać, to z dwojga
złego lepiej on, nie?

Polakierowałam. Okleiłam czym chciałam.

W niedzielę wyciągnęłam spodnie z szafy, założyłam i
odkryłam na udzie intensywnie czerwone kółko, odpowiadające dziwnie rozmiarem
puszce od lakieru…

Nie wiem jak pigment ją wysmarował, ale najwyraźniej mu się
udało.

Myślałam, że nie zejdzie. Ale zeszło. Po długim szorowaniu
mokrą gąbką.

Zdjęcie nieszczęsnych pisanek wrzucę, jeśli uda mi się je
wykonać ;)

Za rok powtórka!

(może już we własnym mieszkaniu?)

Jak wyładnieć na wiosnę

3

Nie da się ukryć, że przyszła wiosna.

Wszędzie rosną krokusy, a na ulicach pojawiają się
jednostki, które wiosnę zdecydowanie poczuły, silnie, i postanowiły wybyć z
domu w bardzo kusych mini lub w sandałkach, nie bacząc na dmący dziś z dużą
siłą w Warszawie wiatr.

Nawet płot który zaatakował Lexie gdy stała na przystanku…
a może raczej płotu właściciel poczuł wiosnę, i postanowił płot odnowić. Co
skończyło się najwyraźniej wymianą całego płotu wraz z warstwą plakatów
(prawdopodobnie odklejenie ich okazało się niemożliwe, więc wymianie uległ cały
płot, a plakaty naklejono świeżutkie. Dopiero jedną warstwę.)

W każdym razie, wiosna. Nie kot pana Chruszczewskiego, tylko
taka pora roku. Tak dla jasności, gdyby pan Chruszczewski wpadł przypadkiem na
tego bloga i zastanawiał się nad dwuznacznością pierwszego akapitu.

Lexie też poczuła wiosnę. A jak to się zwykle u Lexie (i u
stada innych bab) objawia, wraz z wiosną pojawiła się potrzeba ZMIANY. Zmiany
już, natychmiast.

Żądna zmiany, chwyciła nożyczki i obcięła włosy. Tylko
trochę, bo zaraz po dokonaniu tego śmiałego czynu – zawahała się i postanowiła
upewnić się, że pomysł jest słuszny. Zrobiła sobie klasyczne zdjęcie rodem z
fotki.pl – to jest zdjęcie swego odbicia w lustrze, z komórką trzymaną w dłoni
na pierwszym planie – i wysłała je kilku osobom z pytaniem czy powinna obcinać
włosy.

Odpowiedzi były jednoznaczne – nie ścinać!

Co z jednej strony było miłe (fajnie mieć ładne włosy,
których szkoda ścinać), jednak z drugiej – ukróciło wszelkie zmianowe plany,
bowiem Lexie. nie miała więcej pomysłów na zmiany do dokonania tu i teraz, poza
włosami.

Po zastanowieniu L. uznała, że chęć wprowadzenia zmiany
motywowana jest tym, że pragnie ona być ładniejsza. I NIE, nie dlatego pragnie
być ładniejsza, że szuka większej ilości samców, z którymi mogłaby powielić
swoje geny, jak to sugeruje Baś, i też nie dlatego, że sublimuje swoje
nieakceptowane popędy, co również sugeruje Baś. Baś nie ma racji i plecie trzy
po trzy bo się za dużo uczy o ewolucji.

L. pragnie być ładniejsza bowiem czuje się niedostatecznie
ładna, niedostatecznie zadbana, niedostatecznie atrakcyjna dla otoczenia i
niedorównująca idealnym modelkom i aktorkom z reklam, co wbija ją w kompleksy,
które z kolei prowadzą do systematycznego (przy każdym spojrzeniu na reklamę)
obniżania samooceny. Obniżona samoocena nie jest rzeczą przyjemną, więc dobrze
by było ją podnieść, a jeśli dla tego celu trzeba będzie poświęcić święty
spokój i narazić się na zmasowane ataki zainteresowanych zawarciem znajomości
mężczyzn – niechaj tak będzie! I to nie ma nic wspólnego z ewolucją!

Żeby być w stanie wprowadzić w życie plan uładniania się, L.
postanowiła pójść do sklepu i kupić kilka kosmetyków, bo nie należy zaniedbywać
podstaw pielęgnacji takich jak smarowanie się kremami i balsamami, ani tym
bardziej syzyfowej pracy jaką jest zdzieranie z siebie warstw martwego naskórka
(co go człowiek zedrze, to on znów obumiera! To chyba Bridget powiedziała, że dbanie
o siebie jest jak ciężka harówa rolnika na ugorze – ciągle w jednym miejscu coś
zarasta, w innym wysycha, a w jeszcze innym obumiera).

Pełna nadziei, L. odwiedziła Naturę w poszukiwaniu
konkretnego kremu i konkretnego peelingu. Niestety, żadnego z nich tam nie
było, ale żeby nie wychodzić z pustymi rękami – wzięła farbę do włosów,
krem-żel do twarzy, który powinien nawilżać i nie zapychać, i dwie maseczki,
wciśnięte jej trochę siłą przez panią przy kasie.

Niezrażona tą porażką L., kobieta zdeterminowana, poszła
kolejnego dnia do Superpharm, pełna wiary, że znajdzie te cudowne specyfiki,
które pozwolą jej wyładnieć. Niestety, przeliczyła się. Znów nie znalazła
peelingu upatrzonego, ani kremu. Za to wyniosła stamtąd wielką butlę żelu do
twarzy. Bo była w promocji. A na dodatek jej obecny żel w sumie powoli zaczyna
się kończyć, więc w sumie szkoda by było nie nabyć prawie półlitrowej flachy żelu
Normaderm za pół ceny.

Następnie L., w wyniku zmian w rozkładzie komunikacji miejskiej,
była zmuszona zmienić trasę podróży do domu i niechcący trafiła w okolice
Rossmana. Niepewnie bo niepewnie, ale postanowiła sprawdzić czy może tam
znajdzie to, czego szukała. Niestety. Nic z tego. Wzburzona wyszła ze sklepu,
klnąc na czym świat stoi, bo przez bezowocną wizytę w Rossmanie uciekł jej
autobus i musiała czekać 20 minut na kolejny. Bardziej zatłoczony.

Po powrocie do domu L. siadła, zaczęła myśleć i trochę się
poirytowała faktem, że Wszechświat najwyraźniej podle sabotuje jej plan
wyładnienia na wiosnę i weszła do katalogu Kosmetyk Wszechczasów, poszukać
sobie czegoś interesującego i wypiękniającego. Grzebiąc w kremach i innych
smarowidłach zauważyła przyczynę swojego problemu z zakupem upragnionych
smarowideł – wylądowały one w dziale „kosmetyki zapomniane”, co oznacza, że już
ich nie produkują!

Rozzłoszczona tym L. postanowiła działać przy użyciu
posiadanych już środków. Wyjęła posiadany już peeling, inny niż upatrzony, i
użyła go. Twarz zaczęła ją piec i zrobiła się dziwnie czerwona, sugerując, że w
tym kosmetyku ktoś podstępnie upchał jakieś kwasy. Żeby wyrównać efekt
peelingu, nałożyła (również już posiadaną) maseczkę z aloesem, bo słyszała, że
aloes ma za zadanie łagodzić i nawilżać. Maseczka zaschła jej na twarzy, nie
dając się zetrzeć chusteczką, jak przykazano uczynić na opakowaniu. Zetrzeć
nadmiar chusteczką. Jasne. Łatwizna.

No więc próbowała zetrzeć, a tarcie twarzy spowodowało
kolejne podrażnienie i więcej malowniczych czerwonych plam. W desperacji L.
resztkę maseczki zmyła płynem micelarnym, który być może zmył również jej (maseczki)
wszelkie dobroczynne dla skóry właściwości.

Jeśli peeling faktycznie zawiera kwas, L. dodatkowo może się
spodziewać jutro jakże uroczego wysypu pryszczy.

 

Trzeba było zostać przy włosach.

 

Empik

0

Empik.

Oglądam półkę „Nowości”, P. stoi obok i ogląda książkę o fotografii, ja się trochę nudzę.

Lexie: O, popatrz! Książka o krzyżu!

P.: Mhm.

L: (bierze to dzieło z półki i czyta na głos) Popatrzmy… „Zapis dramatycznych wydarzeń pod krzyżem pamięci na Krakowskim Przedmieściu. Przedstawienie Polaków AD 2010 z katastrofą smoleńską w tle, obok którego nie można przejść obojętnie…” Hm, ja chyba jednek przejdę. (odstawia książkę na półkę)

Przypadkowa Pani stojąca za plecami Lexie: Pewnie nie pani pierwsza!

:DDD

Smsowy Don Juan

2

Wczoraj prześladował mnie Ktoś.

Ktoś zadzwonił do mnie z obcego numeru, no więc nie
odebrałam, bo ja nigdy nie odbieram obcych numerów. Ktoś jednak nie dał za
wygraną i po 2 minutach zadzwonił jeszcze raz. A potem jeszcze raz, i jeszcze
raz… I tak 10 razy w ciągu godziny, na co patrzyłam z rosnącym zdumieniem.

Kiedy zaczęłam odrzucać połączenie, Ktoś zmniejszył trochę
częstotliwość dzwonienia, do mniej więcej 2 razy na godzinę. Zablokowałam jego
numer. Później zamilkł na noc.

Rano błysnął nowym genialnym pomysłem i zdecydował się
napisać smsa. Widocznie olśniło go, że po 20 nieodebranych połączeniach nie ma sensu próbować po raz 21.

„Witam Jaki tam temat miales”

Hm. No to chyba nie do mnie jednak, jak „miałeś”. No więc
odpisałam bardzo grzecznie, że to chyba pomyłka i żeby sprawdził czy aby ma
właściwy numer.

Po chwili przyszła odpowiedź: „Dolecki andrzej???”

…co utwierdziło mnie w przekonaniu, że to nie do mnie.

Odpisałam miło i żartobliwie „Na pewno nie, nawet płeć się
nie zgadza ;)”

Nastąpiło kilka minut milczenia. W końcu sms:

„Kobieta tez dobrz skad jestes? ;-)”

 

No proszę! Trafił mi się smsowy Don Juan! Po godzinie
postanowiłam odpowiedzieć, licząc na jakąś fascynującą nową znajomość:

„Z warszawy ;)”

I to wszelkie me nadzieje legły w gruzach wraz z odpowiedzią,
bowiem przeczytałam w niej „Niestety z lublina daleko Pa ;-(„

Pociesza mnie jedynie, że ta emotka na końcu wskazuje, że on
też, biedak, przeżył rozczarowanie :DDD

Zostałam zaatakowana

0

Człowiek z całą pewnością nie spodziewa się w swoim życiu
takich ataków. Wy też byście się nie spodziewali!

Wyobraźcie sobie…

Jest sobie przystanek, z którego rozpoczynam podróż w stronę
domu.

Obok przystanku jest płot. Metalowy. Za płotem jest wykopany
nie-wiadomo-kiedy dół.

Na płocie wiszą plakaty, naklejane starym, dobrym systemem
warstwowym, bo przecież nie ma sensu zawracać sobie głowy odklejaniem
poprzednich, kiedy nowe się do nich tak pięknie przylepiają. Przy okazji
wzmacniając lichy płot.

Jest też wiatr. Wiatr występuje okresowo, dziś akurat tak.

Wiatr wiał sobie silnie acz jednostajnie w jedną stronę. Jednocześnie
odkleił grubą jak dłoń warstwę papieru z klejem, odbierając płotowi znaczną
część jego masy. Odkleił na dobre 3 metry długości. I zawinął zgodnie ze swoim
kierunkiem wiania.

Na moment nagłej zmiany kierunku (widocznie się znudził)
wybrał akurat moment, w którym ja we własnej osobie stanęłam koło płotu.

Cały sklejony przekrój przez historię plakatu w Polsce
odwinął się i z imponującym rozmachem palnął prosto we mnie.

Inni czekający na tramwaj parsknęli a później grzecznie
udawali, że nie patrzą. Z sąsiedniego przystanku autobusowego dobiegł wybuch
śmiechu grupy licealistek. I mam przeczucie, że nie opowiadały sobie właśnie
dowcipów.

 

Plakaty z hukiem wróciły na swoje miejsce na płocie (a
przynajmniej: wzdłuż płotu), a ja się przezornie odsunęłam.

Na dodatek kiedy przyjechał wreszcie ten cholerny tramwaj,
okazało się, że ma zepsute drzwi i nie bierze pasażerów. I całe czekanie na
marne ;)

Muzyczny haj

0

Od kilku dni jestem na muzycznym haju.

Kto mnie zna wie, że muzyki słuchałam kiedyś… dużo. Bardzo
dużo. Później w związku z kilkoma czynnikami właściwie prawie przestałam.

Kilka dni temu ktoś mi zaczął wklejać linki, ja zaczęłam
słuchać i nawet nieistotne było, czy to „moja” muzyka, czy nie całkiem… Uderzyła
mnie tak silnie muzyczna tęsknota, że aż zabolało.

Wciąż słucham, wciąż mam niedosyt, a niektóre piosenki są
tak piękne, że aż robią coś dziwnego w środku, nie pozwalają przestać słuchać,
grają w głowie, a gdzieś z ciemnych głębin wspomnień wypełza wszystko to, co
znałam i prawie zapomniałam. W szale muzycznego uniesienia ściągam, słucham,
znów ściągam, szukam na youtubie, puszczam w koło jedną piosenkę aż zaczynam
łaknąć zmiany, rzucam się na coś innego… Podejmowałam dziś wielkie wysiłki by
uruchomić last.fm, którego kiedyś używałam a później przestałam. Szukam,
odgrzebuję na dysku katalogi, szukam płyt. Jak wygłodniała.

 

Nie wiem jak to się skończy, może zupełnie utonę w tej muzyce i stracę kontakt z rzeczywistością ;), ale mam wrażenie jakbym
odkrywała od nowa coś, co znałam. Wracają wspomnienia, uczucia związane z dawno
słuchanymi piosenkami, czasem dobre, czasem nie do końca. I nie mogę przestać.

 

A najdziwniejsze wciąż wydaje mi się to, że właściwie nie
umiem do końca wyjaśnić co takiego się stało, że tak bardzo ograniczyłam się
muzycznie?

Krzyż

1

Czy tylko mnie wprawia w coraz większe niedowierzanie to, co dzieje się pod sławnym krzyżem?

Zaczynam mieć wrażenie, że oglądam jakiś wyjątkowo absurdalny film. A to tylko tvn24.

Proszę. Zabawcie się :)


http://bitwaokrzyz.pl/

Konkurs ;)

0


http://wizaz.pl/akcje/moj_styl_moja_gwiazda/oddajglos.php?id=14571

Kolejny wizażowy konkurs, proszę o głosy, można klikać raz dziennie :)


  • RSS