-->


Wybory 2011-10-14 22:37:07

...nie, nie te polityczne nudy. Takie wybory są nudne.

A więc...

Powinnam żyć w czasach PRLu.

Gdzieś w głębokiej komunie miałabym znacznie więcej spokoju ducha.

Bo czy za czasów PRLu miałabym ciągnący się za mną godzinami, a potem też dniami i tygodniami, problem polegający na DOKONANIU WYBORU?

Właściwie nie ma wielkiego znaczenia jaki to wybór. Jeśli postanowię kupić słuchawki, będę przeglądać dziesiątki modeli na allegro, a na koniec stwierdzę, że nie jestem w stanie zdecydować się na żadne. Jeśli przy okazji oglądania sluchawek natknę się na zabaweczkę zwaną zwijaczem kabla (swoją drogą, obejrzyjcie je. Są takie słodkie!), to ten zakup za całe 6 zl również mnie przerośnie.

 

Gdy wybierałam mp3, obejrzalam masę modeli. Obejrzalam je w sklepie i na allegro, i wisiałam nad trzema faworytami przez kilka dni. Chyba tylko to, że upiłam się i postanowiłam kliknąć przy którymś „kup teraz” sprawiło, że posiadam nową mp3.

Ale przynajmniej kupiłam jedną z tych wypatrzonych.

Kiedy kupowałam nowy telefon, ogladałam. Przebierałam. Wybieralam. Grymasiłam. Porównywalam. I tak kilka tygodni. Aż któregoś dnia weszłam na allegro i kupiłam telefon, którego wcześniej na oczy nie widziałam, ale podobał mi się na oko i był do odbioru blisko mojego domu, więc mogłam go zamówić przed pracą a odebrać po. I był ładny. I to przeważyło.

 

Dlatego powinnam żyć w świecie, w którym na półce stoi masa octu, a bluzka występuje w jednym tylko kolorze. I kroju. I prawdopodobnie też rozmiarze. O ile byłoby mi prościej zadecydować jakie wybrać słuchawki, gdybym miała do wyboru jeden model (albo wcale bym żadnego nie miała, wtedy bym przy okazji zaoszczędziła trochę pieniędzy. O zawijaczu kabla pewnie nawet bym nie śniła.)...

 

No dobrze. To może ktoś chce mi pomóc wybrać słuchawki?

Nauszne czy douszne?

Jasne czy ciemne?

Jakiej firmy?

Kabelek bialy czy czarny? (tak, to TEŻ mnie zajmuje)

Droższe czy tańsze?

Jesli douszne, to normalne czy te wtykane do kanału słuchowego jak stopery do uszu?

Na allegro, czy w sklepie?

 

Ktoś chętny do pomocy?

 

Ja jak skończymy ze słuchawkami, weźmiemy się za pokrowiec do telefonu.

A potem za zawijacz kabla (żyrafa żółta czy różowa? A może niedźwiedź polarny? A może kotek?)

skomentuj (1)

Pseudo-sąsiedzi 2011-06-28 19:08:47

Postanowiłam popracować.

Uznawszy, że dzień jest ładny, słońce świeci przyjemnie a wietrzyk powiewa, pomyślałam sobie, że milej będzie odwalać wybitnie nudną robotę siedząc sobie na tarasie. Pod parasolem chroniącym od nadmiernego nasłonecznienia.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam – wynioslam sobie komputer, znalazłam przedłużacz, by komputer mi nie zdechł, zaopatrzyłam się w wodę do picia i odziałam w przewiewne ubrania, bo okazało się, że jest gorąco.

 

Pracowało mi się sensownie dopóki na tarasie obok nie objawili się sąsiedzi.

 

Wlaściwie, „sąsiedzi” to pewne nadużycie. Nasi sąsiedzi byli młodsi, nieszkodliwi i łatwi we współegzystowaniu. Co prawda raz udało im się doprowadzić do pożaru na ich własnym tarasie (wysuszony na pieprz trawnik i niedopałki  żarzące się w plastikowym kubeczku to niedobre połączenie), a sąsiadka ujrzała mnie wtedy w uroczej pozie, w trakcie przełażenia przez barierkę w dlugiej spódnicy (nie takie proste!), z konewką wody w garści – to było jedyne, czym mogłam akurat ten pożar trawy gasić, bo miałam pod ręką. Na swoją obronę powiem, że pożar pełzł sobie, powoli wypalając coraz większą połać trawy i faktycznie była szansa, że konewka go zagasi. Nie był to AŻ TAK absurdalny pomysł – gaszenie pożaru konewką...

 

Słowem wyjaśnienia powiem, że nasze tarasy się stykają. Nie tylko nasz i tych sasiadów, ale wszystkie tarasy tu są mocno stłoczone, dodatkowo jest na nie widok z balkonów wyższych mieszkań, i w ramach miedzysąsiedzkiego, niespisanego nigdzie kodeksu - wszyscy zachowują sie na tych tarasach tak, jak by się zachowywali na ulicy wśród ludzi. To znaczy, nie drą się (poza dziećmi), nie chodzą w piżamach, ogólnie przestrzeń jest po części wspólna, choć poodgradzana niskimi barierkami.

 

Dziś po sąsiedzku ujrzałam jakąś parę, starszą od naszych sasiadów mniej więcej o pokolenie. Może rodzice. Z pewnym zdziwieniem odkryłam, że para ta zachowuje się jak na wakacjach na działce. Spędzali dzień łażąc w gaciach po tarasiku. Widok pseudo-sąsiada w gaciach przyprawiał mnie o ciarki za każdym razem, a pętał się sąsiad w tę i z powrotem, bez przerwy, tuż pod moim nosem. Spalony na skwarkę, hodujący prawdopodobnie ze trzy czerniaki i ubrany w powyciagane gacie. No do adonisa to mu bardzo daleko.

Na barierkach tarasu porozwieszali wielkie połacie materiału, jakby jakąś pościel. Niestety, nie zasłoniła ich zbyt skutecznie.

 

Do sąsiada dołączyła pseudo-sąsiadka z różowo-buraczkowymi włosami, też roznegliżowana i na dodatek kopcąca papierosa za papierosem tuż obok naszego płotu. Ja i moje uczulenie na dym papierosowy zjeżyliśmy się zgodnie i natychmiast, ale nic nie powiedzieliśmy, bo w końcu była za płotem. Jej prawo.

Później na jakiś (krótki, niestety) czas zapanowal spokój. Poszłam do domu coś zjeść.

 

- Czujesz? Co to? Cos się pali? Jakby dym... – zawięszyła moja mama.

 

Wyszłam za zewnątrz i moim oczom ukazały się kłęby śmierdzacego jakąś chemią dymu... Oczywiście, leciały wprost do nas z tarasu sasiadów. Rozpalili grilla. Nie wiem czym w nim palą, ale ilość dymu była imponująca. Wiaterek sobie dalej wiał, nieskoordynowanie i w różne strony, rozwiewając kłęby wszystkim sasiadom w okna. Oburzenie mnie aż zatchnęło, bo na osiedlu panuje ścisły zakaz rozpalania grilla ze względu na dymienie sasiadom w okna, który to zakaz my ściśle respektujemy, grillując co najwyżej w piecyku i wynosząc zgrillowane rzeczy na taras do jedzenia. I nic nie powiedziałam. Nie znoszę tego u siebie, że nie umiem walnąć wykładu podstarzałej parze wakacjowiczów, którzy urzadzili sobie działeczkę 10 metrów ode mnie. No ale nie umiem. Moja mama też nie. Mam to po niej. Nikogo innego nie ma, więc nikt inny też im nie walnie.

 

Sąsiad w gaciach siedzi przy grillu i dymi nadal, mniej obficie, ale stale. Za nic ma mój wrogi wzrok wbity w jego skwarkowe plecy. Mam nadzieję, że wkrótce komary go zeżrą. Chociaż słaba moja nadzieja, bo dym prawdopodobnie odpędził każdego owada w promieniu 50 metrów. Odpędził też moje koty, wrzeszczące dzieci sąsiadów i za chwilę odpędzi również mnie...

 

skomentuj (1)

Pisanek malowanie 2011-04-27 16:00:04

Były święta.

Jeszcze przed świętami postanowiłam pomalować sobie pisanki, bo to taka fajna zabawa.

Rozważyłam opcje, na wielce artystyczne pisanki zdobione techniką decoupage’u zrobiło się jakby za późno, bo to musi być lakierowane milion razy i schnie okropnie długo. No więc inaczej. Coś prostego. Pomalować wydmuszki, pomazać tym lakierem i obkleić koralikami i cukrem, który daje dość elegancki efekt jakby oszronionych skorupek...

Do pracy wzięłam się w ostatnim możliwym momencie, to jest w Wielki Piątek. Postanawiając nie zrażać się dodatkowymi utrudnieniami, takimi jak długa lista rzeczy do zrobienia, a konkretnie do ugotowania, albo pani Renia sprzątająca mieszkanie i ganiająca mnie z pomieszczenia do pomieszczenia, wygrzebałam wszelkie posiadane materiały do malowania.

Okazało się, że farbę mam tylko białą.

Ale znalazłam też kupione dawno temu pigmenty do tejże farby, w kolorach podstawowych, pozwalających na mieszanie i uzyskiwanie rozmaitych odcieni. Ustawiłam sobie wszystko na stoliczku, a potem zestawiłam, bo wizja mocno niebieskiego pigmentu na białym stoliku okazała się dość niepokojąca. Położyłam stare gazety i rozstawiłam od nowa.

 

Postanowiłam zrobić sobie ładne pastelowe kolory farby, co by ten cukier ładnie na nich wyglądał. Ruszyłam szukać plastikowych kubeczków jednorazowych do mieszania, albo starych niepotrzebnych talerzyków, czegokolwiek co mogłam wymazać farbą i spisać na straty, bo farba akrylowa do drewna i metalu nie lubi złazić z rozmaitych przedmiotów. Niczego nie znalazłam. Desperacko rozejrzałam się po kuchni i wzrok mój padł na wielki wór ze śmieciami, z którego wystawało parę butelek po wodzie mineralnej. Niewiele myśląc, oderżnęłam im nożem denka, żeby wykorzystać je jako pojemniki na farbę. Akurat starczyło.

Zgromadziwszy materiały, zaczęłam mieszać.

Nalewanie farby z dużej puszki do małego denka od butelki nie jest takie łatwe. Poszłam po łyżkę do zupy, żeby nakładać nią farbę. Na wszelki wypadek wybrałam taką z kompletu, którego nikt nie lubi, bo są zbyt okrągłe.

Denka od butelek okazały się być średnim pomysłem. Były nierówne i farma właziła im w zakamarki i zagłębienia, pigment nie chciał się dobrze rozprowadzać. Zaczęłam od czerwonego, żeby wyprodukować różową farbkę. Ostrożnie dolewałam, żeby nie przesadzić, bo to było moje pierwsze doświadczenie z pigmentami. Dolewałam, odstawiałam pigment, mieszałam, dolewałam, odstawiałam... Macie wyobrażenie.

Po uzyskaniu satysfakcjonującego odcienia, nadziałam wydmuszkę na patyczek od szaszłyka i zaczęłam malować. Malowała się całkiem nieźle, farba nie rozłaziła się tylko ładnie pokrywała skorupkę, zadowolona odstawiłam ostrożnie pomalowane jajo na patyku do słoiczka, na wyschnięcie, kiedy spojrzałam przypadkiem na puszkę z białą farbą.

Jęknęłam. Zaklęłam szpetnie.

Biała farba jakby przestawała być biała, bo najwyraźniej machając w tę i z powrotem czerwonym pigmentem, chlapnęłam nim i akurat trafiłam w puszkę...

Pogapiłam się chwilę na pigment powoli rozpuszczający się w farbie i rzuciłam się go wyławiać. Farba na szczęście była gęsta, więc drogą dyfuzji nie zdążyła się zabarwić cała, tylko po wierzchu. Łyżką starannie wybrałam ile się dało i tym sposobem otrzymałam szaloną (jak na moje potrzeby) ilość farby w kolorze, mniej więcej, majtkowego różu. Wymazałam nią sobie ręce, a następnie włosy, bo jak zwykle zapomniałam je związać. Wymazałam nią sobie spodnie, tyle dobrego, że to domowe, za duże i podarte spodnie, których nie pokazuje się ludziom. Więc w sumie mogą być dodatkowo pomalowane na różowo. Trudno.

Uważając niesamowicie na pigmenty chlapiące nie wiadomo gdzie, malowałam sobie resztę wydmuszek, na te pastelowe żółcie, zielenie i fiolety.

Pisnęło gg.

Meg. No jej bym nie odpisała?

Wsadziłam pędzel do buzi i poszłam odpisać.

Tak farba trafiła na klawiaturę i dodatkowo – do moich ust. Dobrze, że nie była olejna. Akrylowa nie jest aż taka zła, na smak...

Pisząc i malując, dla równowagi wymazałam sobie inną część włosów na jasny fiolet.

Ale malować skończyłam.

Kilka godzin później postanowiłam pisanki polakierować. Wydłubałam puszkę lakieru z pudła, do którego zdążyłam już schować wszystkie puszki farby i pigmenty. Uważałam bardzo, bo zdążyłam zmienić spodnie na noszone na co dzień i nie chciałam ich wyplamić. Dlatego po chwili siłowania się z zalepioną puszką, oddałam ją we władanie Przemkowi. Jak ktoś ma się oblać, to z dwojga złego lepiej on, nie?

Polakierowałam. Okleiłam czym chciałam.

W niedzielę wyciągnęłam spodnie z szafy, założyłam i odkryłam na udzie intensywnie czerwone kółko, odpowiadające dziwnie rozmiarem puszce od lakieru...

Nie wiem jak pigment ją wysmarował, ale najwyraźniej mu się udało.

Myślałam, że nie zejdzie. Ale zeszło. Po długim szorowaniu mokrą gąbką.

Zdjęcie nieszczęsnych pisanek wrzucę, jeśli uda mi się je wykonać ;)

Za rok powtórka!

(może już we własnym mieszkaniu?)

skomentuj (0)